Przygody młodego surfera, czyli Justin na wysokiej fali

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Przygody młodego surfera, czyli Justin na wysokiej fali

Pisanie by Justin on Sob Paź 22, 2011 3:48 pm










avatar
Justin
mistrzu


Powrót do góry Go down

Re: Przygody młodego surfera, czyli Justin na wysokiej fali

Pisanie by Justin on Sob Paź 22, 2011 7:40 pm



    18 kwietnia 1995


Mackay – miasto w Australii położone w stanie Queensland. Jestem pewna, że o nim przenigdy nie słyszeliście, bo skąd? Mieści się na zupełnie innej części globu i nie jest tak sławne jak Sydney. Zresztą znając życie potrafcie wymienić jedynie Sydney, gdy ktoś zapyta was o miasto w Australii. Pewnie nawet uważacie Sydney za stolicę tego kraju. Nie będę jednak wyprowadzać was z błędu, jeżeli interesujecie się geografią to istnieje prawdopodobieństwo, że znacie prawdziwą stolicę i nie ma potrzeby bym wam ją zdradzała. A jeżeli się nie interesujecie, to co to was obchodzi? Kompletnie nic. Dlatego, nie z chęci poszerzenia waszej wiedzy napiszę to co teraz napiszę, lecz po prostu, dlatego że chcę wam przybliżyć realia życia w tym miejscu. Podobno miasto Mackay najbardziej słynie z przemysłu cukrowniczego i możliwości organizacji pięknych wycieczek na rafę koralową. Patricia Reid nie podzielała jednak tego zdania. Była młoda mamą z dosyć energicznym synkiem na głowie, a przemysł cukierniczy zabierał jej męża na cały dzień, a od czasu na czasu na dłużej. Wprawdzie depresja po porodowa już dawno jej przeszła i mały Justin mógł się czuć przy niej bezpiecznie, niestety w drugą stronę to już tak nie działało. Patty nigdy nie mogła czuć się bezpiecznie z małym Justinkiem. W każdej sekundzie musiała mieć oczy wkoło głowy żeby przypadkiem nie skończyć jako zagazowana, albo jeszcze gorzej, jako potrawka dla rekinów. Marzyła o tym by jej mąż Colin częściej bywał w domu, by trochę ją odciążył od tego małego diabełka, ale raczej nie prędko będzie miało to miejsce. Trzeba było się pogodzić z swoim losem. Ale jak tu się godzić gdy nie masz nawet chwili dla siebie by pójść siku? Już nawet nie mówiąc by nałożyć lekki makijaż.
Może parę słów o tej kobiecie? Czemu nie, może niektórym wydawać się to ciekawe, choć zakończenie mało komu może przypaść do gustu. Zapytacie dlaczego ciekawe, może dlatego, że to własnie po niej, tak jakby, Justin odziedziczył swój charakter. Jeszcze pięć lat temu Patty była szaloną nastolatką, która robiła wszystko na co przyjdzie jej ochota, zaczynając od ocięcia głowy na łyso, a kończąc na przespaniu się z dopiero co poznanym chłopakiem pod wpływem alkoholu. Znaczy, nie chcę byście myśleli o niej źle. Brak odpowiedzialności to tylko jedna z jej cech, która staje się mało ważna gdy spojrzymy na resztę. Patricia od małego była gwiazdą chórku kościelnego, śpiewała piosenki na początek, na koniec, śpiewała psalmy, śpiewała godzinki, no wszystko. I każdy zachwycał się jej głosem. Razem z swoją młodszą siostrą były rozpoznawalne w całym mieście, zwłaszcza po tym jak wydało się, że wcale nie są siostrami syjamskimi i chodziły połączone brzuchami z sobą przez parę miesięcy jedynie dla żartu. Bo one rzeczywiście uważały, że taki kawał będzie idealny na ładny początek pobytu w tym nowym miejscu. Bo już wypróbowały udawanie bliźniaczek czytających sobie w myślach, nieznajomość angielskiego, czy pochodzenie prosto z buszu. To wydało im się nudne. Złapały za nicie i igły do szycia i przerobiły wszystkie stroje tak by pasowały do ich pomysłu.
Niestety te radosne czasy musiały się skończyć, gdy Patty dowiedziała się o ciąży. Nagle zaczęła mieć świra na punkcie ostrożności. Przez swoje fobie nawet nie chciała założyć białej sukienki na swój ślub, bo wróżka powiedziała, że jeśli założy urodzi się jej syn, a nie córka, jak pragnęła. Niestety nic to nie pomogło. Na świat przyszedł, zdrowy, grubiutki i pyzaty chłopiec, który od razu dał poznać na co go stać. Wiele się słyszy o dzieciach, które nie potrafią przestać płakać. Płaczą dniem, nocą, nie pozwalając ci zasnąć, zjeść, umyć się, porozmawiać. Istnieje wiele poradników na temat tego jak sobie radzić z tym problemem, ale nie istnieje żadnej poradnik o tytule "Co zrobić gdy twoje dziecko nieustannie się śmieje?". Bo to jednak nie jest często spotykany problem. W zasadzie, do czasu gdy się Justin urodził, w ogóle nie istniał. Kto by widział, żeby niemowlak cały czas suszył dziąsła śmiejąc się ze wszystkiego co go otacza? Zwłaszcza, że na początku takie dziecko mało co widzi. No, ale słyszy. Więc wystarczyło jedynie podejść do takiego bobasa Justinka, wydać z siebie kilka wysokich dźwięków i od razu mały zaczynał chichotać. Potem gdy zaczął chodzić, śmiał się z każdego swojego upadku. Potem zaczął mówić i oczywiście po każdym słowie cieszył się, że coś powiedział. A gdy zaczął już składać zdania to nie pozostało nic innego jak zacząć zajmować się dowcipami. Całe szczęście, że większość czasu spędzał jednak z mamą, bo tatuś już nie był taki rozrywkowy jak ona. Choć to już nie była stara, wesoła Patty. Nie warto jednak narzekać.
Choć, jest jedna rzecz, z której Justin powinien narzekać i pewnie by narzekał gdyby cokolwiek pamiętał. Niestety niektóre rzeczy schował w sobie tak głęboko, że raczej nikt się do nich już nie dokopie. Zwłaszcza on sam. Wspominałam już, że Patty za wszelką cenę pragnęła mieć córeczkę? Chyba już wiecie co mam na myśli. Dnia osiemnastego kwietnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku Patty postanowiła wprowadzić swój plan w życie. Spokojnie pożegnała męża gdy rano wybierał się do pracy. Potem posadziła swojego czterolatka przed telewizorem i nowiutkim video, które dostał na swoje urodziny obchodzone całkiem niedawno. Potem ruszyła do szafy by wygrzebać stamtąd głęboko ukryte piękne sukienki jakie kiedyś kupiła w przypływie głupoty. Obejrzała się wokoło by upewnić się, że oprócz niej i Justina nikogo nie ma w zasięgu wzroku i przystąpiła do działania. Justin zafascynowany sceną gdy Timon i Pumba odnajdują konającego Simbę na pustyni, nie zwracał na nią uwagi. Pokochał ten film od pierwszego obejrzenia i to co robiła mama, nie było ważne, gdy akurat jego ulubieni bohaterowie wcinali robaki, a potem śpiewali piosenkę jego życia. A co się działo z Patty? Nasza mama ustawiła różowe buciki w rządku i przyglądała się z dumą swojej kolekcji. No dobra, te napady szaleństwa z kupowaniem dziewczęcych ubranek nie zdarzyły się raz, przynajmniej raz w miesiącu miało miejsce to wszystko. Ale właśnie dziś był pierwszy dzień, w czasie którego miała zamiar odpłacić się Justinkowi za te wszystkie jego wybryki. Może nie było to za bardzo odpowiedzialne działanie, ale to przecież Patty. Po niej zawsze można spodziewać się takich odchyłów. Gdy przeszły jej fobie co do bezpieczeństwa, na nic innego nie można było liczyć.
- Justin? Nie chciałbyś pobawić się w coś z mamą? - zapytała siadając obok synka i wyłączając pilotem jego bajkę. Chłopczyk zrobił skwaszoną minę i z wyrzutem spojrzał na swoją mamę.
- Ale mamo! Zalaz miała pojawić się Nala! I zatakować Pumbę! - oznajmił jakby te dwa zdania miały tłumaczyć jego niezbyt radosną minę. Oczywiście ta chwilę potem się pojawiła, bo uświadomił sobie, że jednak ma bardzo wielką ochotę pobawić się z Patty. Nawet większą niż obejrzenie reszty filmu. Już nawet miał pomysł w co mogą się pobawić! - Mamo! A zlobimy tol samochodowy? Jak jutlo? Tylko tym lazem taki by iściał przez caaaaaaaały dom! - zawołał z podekscytowaniem. Wspominałam już, że przez pewien czas Justin miał mały problem z wymówieniem literki "R"? I w ogóle z mówieniem poprawnie? I logicznie?
- Po pierwsze nie jutro, a wczoraj. I nie, nie zrobimy. Dzisiaj wymyśliłam nową zabawę. Co ty na to?
- Nową! Fajnie, fajnie, fajnie! A jaaaaką?
- Pobawimy się w Małą Miss! - Patty starała się zabrzmieć równie entuzjastycznie jak syn, gdy mówił o torze, ale nie dało się ukryć, że miała jednak pewne obawy przed tym czy Justinek z własnej woli da się przebrać w to wszystko co dla niego przygotowała. A było tego całkiem sporo.
Oprócz rządku butów, o którym wspominałam wcześniej, dało się zauważyć również masę sukienek, w różnych kolorach. Piękne kapelusze, zestaw pomadek przeznaczonych specjalnie dla dzieci, masę kolorowej biżuterii. No i rajstopki, z którymi później będzie największy problem przy nakładaniu. Bo oczywiście Justin się zgodził. Na początku był zdziwiony tym co mają robić, bo to jednak różniło się od zwykłych zabaw. Zazwyczaj były pełne akcji i gadżetów różniących się od sukienek. Ale gdy Patty zaprowadziła Justina do pokoju z sukienkami i pokazała mu jedną, na której widniał piękny obrazek z jednorożcem, Justin już był przekupiony. I zaczęło się przedstawienie. Na pierwszy ogień poszły stroje wieczorowe. Patty wcisnęła synka w coś co nie przypominało dotychczasowych ubrań Justina i cóż... Uciskało w czułe miejsce.
- Nie grzeb tam, Justin! - skarciła synka kobieta. - Musisz się zachowywać jak Miss! A Miss zawsze chodzą uśmiechnięte i z gracją. O tak - zademonstrowała mu parę poz, a potem maluch zaczął ją naśladować. Oczywiście nie wychodziło mi tak jak chciała tego Patty, dlatego westchnęła ciężko.
- Mamo, bo ja nie wiem co to glacjaaa... - wyznał cicho Justin i spuścił głowę.
Oczywiście mały inteligencję odziedziczył też po matce. Chyba wiecie o co mi chodzi. Patty pojęcia nie miała jak można wytłumaczyć maluchowi to pojęcie. To powinno rozumieć się samo przez się. Och, gdyby tylko był z nimi Colin na pewno znalazłby jakieś słowa. Z kolei gdyby jednak on tu był zabiłby Patty za to co ona robiła z ich synkiem. Bo na pewno nie było to coś co by pochwalił. Żaden ojciec przecież nie pozwoliłby swojemu pierworodnemu na takie zabawy. Colin był raczej z tych mężczyzn, co prędzej zamknęli by syna w piwnicy niż pozwolili mu być gejem. Gdyby tak przenieść się do czasów współczesnych, i gdyby tak Colin choć raz miał styczność z zachowaniem Justina, to ja sama nie wiem co by zrobił. Na pewno by mu się to nie spodobało. Udawać geja na pb, odstawiać striptiz na imprezach, nie potrafić namówić dziewczyny nawet do tego by go pocałowała. No, ale jednak powróćmy do osiemnastego kwietnia.
- Gracja, Justin, jest to... To takie ruchy człowieka, które wprawiają, że inni się zachwycają, rozumiesz?
- Ale jakie to luchy...
- Hmm, przypominają te kota! Kot porusza się z gracją!
- A wienc to kocie luchy!
I właśnie tak moi mili państwo, powstała legenda na temat kocich ruchów Justina. Może i on sam jej nie pamięta, ale na pewno miała ona miejsce tego dnia. Utkwiła w świadomości chłopaka do tego stopnia, że gdy kiedykolwiek zaczynał coś robić to nazywał to kocimi ruchami. Chciałby sobie to opatentować, ale nie może. Zbyt wiele osób chciałoby to sobie przywłaszczyć, zbyt wiele jest chętnych na to powiedzenie. Zresztą, powtarzam po raz kolejny, że Justin nie pamięta tego dokładnie i właśnie z tego powodu, nie ma odpowiednich dowodów.
Świat jest niesprawiedliwy, żadna nowość.






avatar
Justin
mistrzu


Powrót do góry Go down

Re: Przygody młodego surfera, czyli Justin na wysokiej fali

Pisanie by Justin on Sro Gru 14, 2011 2:27 pm



    30 września 1996 roku

Minęło pięć dni odkąd Justin znudził się już pytać o mamę. Uznał, że to całe pytanie mu się nie opłaca. W tym okresie wszystko przeliczał na to co mu się opłaca, a co nie. Tak dla przykładu opłacało mu się wracać dłuższą drogą z przedszkola do domu, gdy go nikt nie odebrał ze szkoły, bo dzięki temu przechodził obok zajebistego placu zabaw. Mniejsza z tym, że musiał zaliczyć po drodze pięć dodatkowych przejść dla pieszych, w tym trzy bez sygnałów świetlnych! Mama zabierała go tą drogą gdy dostawał jakąś uśmiechniętą minkę w szkole, więc teraz gdy mama przestała po niego przychodzić, a tato chyba zapominał, Justin postanowił, że sam najlepiej wie którędy będzie wracał. Zwłaszcza, że nikt na niego nie krzyczał, gdy później wracał do domu. W zasadzie tato interesował się nim tylko co jaki czas, zazwyczaj między godziną dziesiątą trzydzieści a północą. Wtedy sobie uświadamiał, że ma syna i wybudzał go w nocy by zapytać o jakąś głupotę. Justin oczywiście budził się z wielką ochotą, nie miał za złe tatusiowi. Bo tatuś był teraz strasznie smutny. Chodził taki przygarbiony i chyba z tego smutku zapomniał gdzie jest łazienka, bo strasznie pachniał. Raz Justin postanowił go zaprowadzić do łazienki by nauczył się na nowo gdzie ona jest, ale tata raczej nie zrozumiał o co mu chodzi. Tata w zasadzie teraz mało co rozumiał i Justinowi czasami się wydawało, że to teraz on jest najmądrzejszy w rodzinie. Poza mamą, której gdzieś nie było, ale na pewno kiedyś wróci.
Czasem odwiedzała ich ciocia przynosząc jakieś smakołyki. Pytała się Justina jak się czuje, a on jak zwykle bez przejęcia odpowiadał, że spoko. Wtedy ciocia zaczynała mieć mokre oczy i trudno było ją o cokolwiek zapytać. Więc pytania o mamę Justin zostawiał dla taty. Ale tata też nie chciał odpowiedzieć kiedy ona wróci. Więc pytania Justina się skończyły.
Raz próbował znaleźć mamę na własną rękę. Była wtedy sobota i nie musiał iść do szkoły. Ciocia przyniosła mu dzień wcześniej kanapki i czyste ubrania, a odchodząc położyła na lodówce parę banknotów, mówiąc do Justina, że to na wyjątkowe sytuacje. Spojrzała jeszcze na tatusia, który wyjątkowo prosto siedział przy stole i wyszła. Tato zawsze ładniej się zachowywał gdy była ciocia, ale gdy wychodziła kład się na stole i tak jakby go nie było. Właśnie w takim był stanie gdy Justin wspiął się na taboret, zgarnął kasę z lodówki, spakował parę kanapek, ubrał się czyściutko i wyszedł z domu. Tato chyba myślał, że idzie do przedszkola, ale Justin nie szedł. On miał plan.
Plany Justina do tej pory były bardzo proste, dotyczyły zazwyczaj zbudowania jakiejś nowej maszyny latającej, która jednak wcale nie leciała gdy się ją spuszczało z okna strychu. Czasami też miał plan jak rozbawić swoich kolegów, tak przykładowo zamknięcie się w szafce w biurku Pani, a potem wystraszenie jej na śmierć gdy będzie chciała wyjąć coś stamtąd. Koledzy uwielbiali Justina, a Justin uwielbiał ich uwielbienie, więc wymyślał więcej takich świetnych planów. Ale teraz jego plan był o wiele ważniejszy. Można nawet powiedzieć, że to był Plan, przez wielką literę pisany. Pani w przedszkolu mówiła, że wszystko pisane z dużej litery jest ważniejsze, dlatego imiona zaczynają się dużą literą. Od tej chwili Justin wszystkie swoje rysunku podpisywał tak wielkimi dwiema literami ‘JJ’, że zajmowały więcej miejsca niż sam rysunek. W każdym razie jego Plan powstał poprzez wielodniowe rozmyślania nad tym gdzie dokładnie jest mama.
Ale tu trzeba odrobinę nawiązać do odpowiedzi jakie Justin usłyszał od cioci i taty, gdy zadawał pytanie gdzie jest mama. Brzmiały one różnie, jakby dorośli nie potrafili zdecydować się gdzie ona dokładnie jest. Najpierw było, że wyjechała. Potem, że wyjechała gdzieś bardzo daleko, skąd już nie ma powrotu. Potem w odpowiedzi na pytanie Justina, ciocia wskazała palcem do góry, więc Justin pomyślał, że mama jest na piętrze. Sprawdził piętro. Mamy tam nie było. Któregoś dnia tato powiedział, że mama zapewne jest gdzieś z aniołkami. Więc Justin po szkole poszedł do kościoła. I do drugiego kościoła. I do trzeciego kościoła. Ale jej też tam nie było. Aż pewnego dnia przeformułował odrobinę swoje pytanie na: „Gdzie mogę zobaczyć się z mamą?”. Wtedy otrzymał pierwszą konkretną odpowiedź, która brzmiała następująco: cmentarz.
Podsumowując wielki Plan Justina dotyczył wycieczki na cmentarz.
Najbliższy cmentarz przy miasteczku Mackay było położone przy lesie. Justin mijał je zawsze gdy jeździł z mamą łapać motyle na łąkę. Niestety nie do końca wiedział jak dostać się ani na łąkę, ani na cmentarz gdy się nie ma samochodu. Mógł wziąć rower, ale pojawiał się kolejny problem. Jego rower… Jego rower był kupiony z innej ręki, bo akurat mama wypatrzyła okazję. Jego rower był różowy i miał koraliki w szprychach. Jego rower nie nadawał się na takie wycieczki jeżeli Justin nie chciał zwracać na siebie uwagi. Bo na co dzień nim jeździł, co innego miał zrobić? Czasami trzeba się poświęcić i cieszyć z tego co się ma. Jeżeli nie samochodem i nie rowerem to czym Justin miał niby pojechać tak daleko? Autobusem nie umiał, bo nie wiedziałby w jaki wsiąść i by się zapewne zaraz zgubił. Justin był bezradny. Już miał iść na tą daleką wycieczkę na piechotę, gdy stał się cud.
Wychodząc ze swojego domu wpadł na coś. Coś co było koloru czarnego, niezbyt wysokie, kształtu podłużnego. No i w wielkim skrócie było deskorolką. Justin nigdy w swoim życiu jeszcze nie miał takiego cudu w swoich rękach, więc podniósł ją bardzo ostrożnie i zaczął się przyglądać. Niby widział w telewizji i nawet na żywo jak się tym posługiwać, ale się trochę bał. Justin zawsze się bał gdy miał zrobić coś czego jeszcze nigdy nie robił, bo mogło się to okazać ponad jego możliwości, a jednak Justin lubił mieć wielkie możliwości. Znaczy takie, których nic nie pomniejszało. Ogółem lubił gdy mu się wszystko udawało, nie ważne czy to było coś trudnego, czy prostego. Wtedy mógł liczyć na uwielbienie tłumu, o którym już wcześniej było wspomniane.
Justin wyczekał odpowiednią chwilę, znaczy taką gdy już nikt kompletnie nie patrzył w jego stronę, nikt nie zwracał uwagi na małego, samotnego chłopca, i spróbował. Postawił jedną stopę na desce, a drugą się odepchną. Pomyślicie pewnie, że niewiele było trzeba czasu by się wywalił. W końcu to Justin, dziecko-wypadków. Ale tu was zadziwię, bo nie wywalił się ani razu. Owszem, prędkość z jaką się na początku poruszał była żółwią prędkością, ale im dalej od domu, tym JJ'owi lepiej to wychodziło. Nie wykonywał żadnych trików, tylko jechał prosto, skręcał i zatrzymywał się co jakiś czas, gdy mijał jakąś ruchliwszą ulicę. Bo chłopiec zdawał sobie sprawę, że dziś nie pora na żadne wygłupy, które mogłyby mu stanąć na drodze w spotkaniu z mamą. A ją bardzo chciał spotkać. Tęsknił za kanapkami jakie mu robiła do szkoły, pozbawionych skórek kromek chleba, posmarowanych masłem orzechowym. Ona zawsze wiedziała jaka jest odpowiednia ilość masła. Ani ciocia, ani tato, ani nawet sam Justin tego nie wiedział. Tęsknił za zabawami z nią, choć czasami przerażały go one. Tęsknił za jej zapachem i za tym jak mówiła, że za czysto ma w pokoju, chociaż panował niesamowity bałagan.
Powróćmy jednak do podróży naszego młodego bohatera, której cel powoli był coraz bliżej. Justin bał się, że nie będzie potrafił tam trafić, ale na jego szczęście, coś nad nim czuwało. I w końcu stał w bramie cmentarza, który nawet w środku dnia wyglądał bardzo niebezpiecznie. Justin oglądał wiele odcinków Gęsiej Skórki, więc wiedział jak wyglądają niebezpieczne, ponure i złe miejsca. Były wypełnione ponurymi posągami, a wokoło otaczał je las.
Mimo strachu jaki mały odczuwał, musiał to zrobić. Przeszedł przez bramę i podążył główną alejką. Ale właśnie wtedy uświadomił sobie, że cmentarz jest wielki, a on sam na pewno nie zdąży go przeszukać sam przed zapadnięciem zmroku. Dlatego postanowił odrobinę przyśpieszyć swoje poszukiwania w jedyny znany mu sposób.
- Mm..Mamo? - zawołał cicho, ale zdawało mu się, że krzyczy. W ciszy jaka tu panowała nie można było inaczej. - Mamo?! - Zawołał kolejny raz, ale ponownie bezskutecznie.
Obrócił się gwałtownie za siebie, bo przez te krzyki czuł się jak jakiś wariat obserwowany przez normalnych ludzi. Ale normalnych ludzi tutaj nie było. A gdzie tam. Był tylko on sam i ponure nagrobki z ludzkimi zdjęciami.
- Mamo!!! - zawołał, ale zamiast jakiejkolwiek reakcji wokół panowała ponura cisza.
Nic więc dziwnego, że gdy w pewnym momencie jeden krzak się poruszył, wydając te dźwięki jaki wydaje poruszający się krzak, Justin musiał to zauważyć. No i oczywiście musiał to przyjąć jako znak jaki daje mu mama.
Kiedyś, znacz przed zniknięciem mamy, Justin często bawił się z nią w chowanki. Było to o tyle fajne, że jeżeli on szukał to mama zawsze zostawiała mu jakieś znaki gdzie jest. A gdy i znaki nic nie dawały to zachowywała się na tyle głośno, by Justin bez trudu ją odnalazł. Teraz też nie mogło być inaczej, więc ucieszony chłopiec pobiegł w kierunku krzaka, ale tam o dziwko mamy nie było. Były jedynie jakieś dziwne ślady prowadzące w kierunku ogrodzenia cmentarza. A właściwie dziury w tym ogrodzeniu. Gdyby Justin był mądrzejszy od razu zauważyłby, że w takiej dziurze za nic się by jego mama nie zmieściła. Ale nie był mądrzejszy i przelazł przez tą dziurę znajdując się w lesie. Sam w lesie obok cmentarza.
Robi się z tej opowieści niezły horror, choć z założenia taka nie miała być. Miała być śmieszna, lekka i pełna wiadomości na temat jaki to Justin potrafi być beztroski. Lecz naprawdę trudno mi jest opisać takie traumatyczne wydarzenia z życia JJ'a, właśnie w ten sposób. Chyba to nawet nie jest możliwe. Pozostała mi tylko jedna szansa, by to wszystko naprawić. Ostatnia.
Dlatego niezwłocznie do niej przejdziemy.
Justin odnalazł więcej tych tajemniczych śladów jakie widział w krzakach. Pomyślał, że może mama kupiła sobie właśnie takie nowe buty i to ona je zostawia, by on mógł ją odnaleźć. Uśmiechną się do siebie i ruszył tropem. JJ nigdy nie był fanem polowań, właściwie nawet nie wiedział o ich istnieniu. Polowanie to był sport dla prawdziwych mężczyzn, a mama Justina nie była mężczyzną i go tym nie zainteresowała. Tata był, ale tata miał swoją pracę. Znaczy Justin często miewał wątpliwości co do tego kim właściwie był Colin Reid. Ale pozostawmy to na czasy kiedy Justin będzie trochę większy. A teraz pomyślmy gdzie trop prowadził. Choć lepiej byłoby zapytać za kim.
Był to dziobak. Justin zobaczył go za późno by móc lepiej przeanalizować to co robi i gdzie się znalazł. Gdy do chłopca dotarło to w jakiej podbramkowej sytuacji się znajduje to było za późno. Owłosione, dziobate stworzenie biegło w jego kierunku z błyskiem mordu w jego małych ślepiach. Jego małe zwinne łapki przemieszczały się po piasku, a jego tłuste ciałko pozostawiało za sobą ślad. Gdy biegł kiwał się co raz na prawo, co raz na lewo, jakby przed atakiem chciał zahipnotyzować Justina by ten nie był w stanie nic zrobić. I tak nie był.
Dziobak natarł na niego i zaatakował najcenniejszą rzecz jaką Justin ma (a w zasadzie tak kiedyś będzie sądził), czyli jego buźkę. Chciałabym powiedzieć, że wyjadł mu pół policzka zostawiając tam dziurę, ale dziobaki nie jedzą ludzkiego miejsca. Po prostu mocniej go drasną, a nasz delikatny chłopiec, z przejęcia, stracił przytomność. Upadając skaleczył się właśnie w osławione miejsce.
Justin dziwnym sposobem obudził się dopiero w jakimś niewygodnym łóżku i pierwszą jego myślą było to, że mama go znalazła i zaniosła do domu. Niestety się mylił. To był szpital. Z całą pewnością. Śmierdziało starymi ludźmi, gdzieś daleko piszczała aparatura, a Justin na policzku miał szwy.
I właśnie tak powstała historia na temat policzkowej blizny Reida.



avatar
Justin
mistrzu


Powrót do góry Go down

Re: Przygody młodego surfera, czyli Justin na wysokiej fali

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach